strefa urody

PIELĘGNACJA, INTERRUPTED czyli z czego zrezygnować i nadal być piękną

W listopadzie przeprowadziłam się do pięknego mieszkania. Jest wynajęte, ale nie przeszkadza mi to się nim cieszyć, bo to moje pierwsze własne przytulne gniazdko 🙂 Przez ostatnie półtora miesiąca moje myśli, mowy i uczynki wiązały się głównie z różnego typu mieszkaniowymi problemami jak pralka, która zepsuła się na dzień dobry, wybór mebli i akcesoriów wszelakich, przejścia z internetem (finalnie założony dzisiaj), czyszczenie bardzo wysokich stropów z narażeniem życia no i sprzątanie, a zwłaszcza odczyszczanie sprzętów po poprzednich użytkownikach, również z użyciem środków niekonwencjonalnych jak patyczki do uszu i wykałaczki. Dziś skręciliśmy ostatnie krzesło (właściwie ja tylko przyklejałam filc od spodu) i nawiązując połączenie z internetem, symbolicznie zakończyliśmy okres ciężkiej i radosnej poprzeprowadzkowej pracy. Teraz nadszedł czas, żebym skorzystała ze świątecznej przerwy w pracy i zajęła się strefą ostatnio pomijaną, czyli moim ciałem.

Zdarzało mi się, że nie miałam nawet czasu usiąść między zakupami, sprzątaniem, gotowaniem i wyjściem do pracy. Tym bardziej nie miałam ochoty szukać sobie dodatkowych zajęć. Weekendy wykorzystywałam na odpoczynek przy książkach i filmach. Porzuciłam hula hop i regularne posiłki. Nie olejowałam włosów, twarz tylko jak mi się przypomniało, parówkę twarzy i maseczki ukręciłam po raz ostatni przed przeprowadzką, a dodatkowo skończył mi się krem do twarzy i przez zrządzenie losu nowy dostałam po prawie trzech tygodniach. Chcąc nie chcąc mogłam się przekonać, jak moje ciało radzi sobie bez pielęgnacyjnych rytuałów, do których się przyzwyczaiłam. Jeśli zastanawiacie się na ile możecie się zaniedbać bez szkody dla Waszego wyglądu – oto moje świadectwo 🙂

WŁOSY

Wracam do ich pielęgnacji z całkowitym zaangażowaniem. Chociaż od czasu do czasu dobrze jest im dać odpocząć i umyć je tylko szamponem, to na dłuższą metę dobrze jest planować ich pielęgnację i nie używać przypadkowych kosmetyków. Myjąc włosy z doskoku raz na 3-4 dni (a potrzebują mycia raz na 2-3) nabawiłam się lekkiego swędzenia skóry głowy, którego mam zamiar się pozbyć za pomocą regularnego oczyszczania, maseczek nawilżających i płukanek ziołowych.

Olejowanie włosów daje im prawdziwego kopa i przynosi efekty na dłużej, niż tylko do następnego mycia. Po 1,5 miesiąca bez olejowania moje włosy nie mają już takiego blasku, nie są zbyt sprężyste i są niedociążone: pojawiła się już nie urocza, a potargana chmura dookoła głowy. Odżywki i maseczki dają radę, ale jeśli chcę osiągać na co dzień efekt wow, nie mogę zrezygnować z  olejowania.

DŁONIE

Pamiętałam o regularnym peelingu, ale ani razu od przeprowadzki nie olejowałam dłoni. Skórki i opuszki stwardniały. Tu olej również okazuje się zbawienny, bo odpowiednio odżywione skórki można szybko odsunąć kopytkiem, a wysuszone muszę wycinać.  Kremy jeśli mnie nie uczulają, to całkiem dobrze nawilżają mi dłonie, ale nie mogą się równać z domowymi maseczkami.

CIAŁO

Lubię uczucie delikatnej skóry po peelingu, a bez balsamów szybko zaczynam szeleścić jak jedwab i drapać jak szczotka. Do peelingu używam rękawicy Kessa i mydła z Aleppo, a przy balsamowaniu z lenistwa przerzuciłam się na masło do ciała w kostce (napiszę o nim), więc na szczęście zabiegi na ciało zajmują mi tylko kilka minut i tylko dzięki temu z nich nie zrezygnowałam. Polecam wszystkim leniwym i zapracowanym.  Przez nieregularne i czasami śmieciowe posiłki przytyłam 1kg do świąt, a po świętach boję się stanąć na wadze 🙂 Racjonalnego odżywiania się niestety nie przeskoczy, jeśli ktoś marzy o zdrowiu i pięknej figurze.

TWARZ

Twarz pozbawiona pielęgnacji to dla mnie najciekawszy eksperyment – tutaj faktycznie było ekstremalnie. Jak pisałam w poprzednich postach, parówka raz na dwa tygodnie wystarczy mi, żeby utrzymać czystą cerę. Tym razem wytrzymała bez niedoskonałości całe trzy tygodnie. Po tym czasie pory zaczęły się zapychać i w końcu osiągnęłam efekt kaszki na twarzy + małe krostki + plamy po małych krostkach + 2 grudki na żuchwie, o których już zdążyłam przecież zapomnieć. Bardzo rzadko robiłam peeling, bo drogeryjny odrobinę wysusza mi twarz, a na ukręcenie własnego niekoniecznie miałam czas i ochotę.

Myłam twarz jak do tej pory: rano tonikiem, a wieczorem żelem. Używam podkładu mineralnego, który nie zapycha cery, więc makijaż nie stanowił problemu.

W międzyczasie skończył mi się krem do twarzy. Mój krem pod oczy jest zbyt treściwy, żeby używać go do całej twarzy, więc cera musiała sobie radzić sama. Ostatecznie jestem jeszcze bardzo młoda, więc nie było źle. Przez kilka pierwszych dni skóra twarzy była bardzo ściągnięta, z czym walczyłam  za pomocą oleju nakładanego na noc, ale olej  też musiałam sobie odpuścić, bo:

1 olejowanie twarzy hamuje wydzielanie sebum, które przy braku kremu było bardziej przyjacielem niż wrogiem;

2 olej sam w sobie też jednak zapycha skórę, a ja nie spodziewałam się rychłego powrotu do regularnego oczyszczania.

Miałam pomysł, żeby zrobić sobię jakąś nawilżającą maseczkę w weekend, ale minął pierwszy i następny, a z moich planów nic nie wyszło. Po kilku dniach moja skóra przyzwyczaiła się do braku nawilżenia, ale po 2 tygodniach bez kremu znów zaczęła się ściągać, stała się czerwona i kiedy nałożyłam na nią krem po raz pierwszy od dłuższego czasu,  wchłonęła go bardzo szybko i poczułam ulgę.

Kremu pod oczy używałam przez cały czas, chociaż już nie codziennie, a raz na 2-3 dni. Próba odstawienia zakończyła się niepowodzeniem: po 4 dniach skóra pod oczami zaczęła mi się boleśnie łuszczyć.

Po 1,5 miesiąca od porzucenia pielęgnacji twarzy skóra jest lekko zaczerwieniona i ściągnięta. Mój mineralny podkład nie kryje za dobrze, więc makijaż też nie wygląda tak efektownie, jak na twarzy bez niedoskonałości.

 Szczerze mówiąc myślałam, że będzie gorzej. Dziś zrobiłam pierwszą parówkę od dawna, więc jutro po przebudzeniu spodziewam się wylania wszystkich krostek. Dopiero po parówce poczułam, że skóra zaczęła oddychać. Powtórzę ją za kilka dni.

Doświadczyłam już wcześniej na własnej skórze, że im więcej ma się zajęć, tym łatwiej się zorganizować. Oczywiście pod warunkiem, że te zajęcia można sobie rozplanować, a nie spadają na nas nieoczekiwanie. Po prostu moja rutyna została zaburzona, a ja potrzebuję rutyny do szczęścia. Zaczęłam zapominać o prostych codziennych czynnościach, które wcześniej wykonywałam prawie automatycznie, inne odpuściłam sobie z lenistwa. Ja najzwyczajniej w świecie potrzebuję trochę czasu, żeby się przystosować 🙂

Patrząc w lustro nie widzę masy pryszczy na twarzy i krzaczastych brwi, nie musiałam też zacząć czesać włosów na nogach. Po prostu bywało, że wyglądałam lepiej. Dzisiaj nachylając się nad szklaną miską uświadomiłam sobie  jak bardzo brakowało mi zapachu ziół, cytryny i olejku pichtowego. Brakowało mi wszystkich codziennych rytuałów, łącznie z planowaniem obiadów na najbliższe dni nie na zasadzie: „co się szybko robi”, ale na zasadzie: „w tym tygodniu nie jedliśmy jeszcze marchewki”. Dobrze wyszło, że miałam okazję sprawdzić, które z moich pielęgnacyjnych nawyków faktycznie są mi niezbędne, żeby osiągnąć satysfakcjonujący mnie wygląd. Jestem z siebie dumna, bo celnie stworzyłam własny schemat minimalistycznej pielęgnacji, do którego właśnie wracam. Planuję w dalekiej przyszłości bardziej ekstremalne zmiany, więc muszę go jeszcze trochę uprościć, żeby nigdy nie mieć problemu ze znalezieniem chwili dla urody 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s