strefa urody

magia Lusha

W listopadzie moje nogi stanęły w sklepie Lush i pierwszy raz w życiu sprawiłam sobie kosmetyki tej marki. Nic mi nie wiadomo o żadnym stacjonarnym sklepie Lush w Polsce, ale kosmetyki można zamówić przez ich stronę internetową (szczegóły znajdziecie w zakładce delivery information na dole strony). Na stronie znajdziecie ceny, gramaturę, pełne składy produktów, zachęcające zdjęcia i nawet filmiki, na których jest prezentowane użycie kosmetyków. Zwróćcie uwagę na paznokcie modelek w filmach: nie są idealne i to podbiło moje serce.

 Ja wolę robić zakupy w sklepach stacjonarnych i w Lush to ma najwięcej sensu: najpierw uderza Was nietypowa mieszanka zapachów, potem znajdujecie wzrokiem kolorową witrynę sklepową, wchodzicie i przepadacie wkładając nosy w opakowania kremów, potrząsając myjącymi galaretkami, wypróbowując maski do twarzy, podziwiając feerię barw, taplając się w wanienkach pełnych kolorowej piany.  Kto nie chciałby wypróbować tych kolorowych i pachnących cudów?  Później oczywiście możecie wziąć z półki nietknięty produkt i podreptać z nim do kasy.
Tak to wygląda w teorii, bo szczerze mówiąc mnie dusiły te wszystkie zapachy, brzydziłam się zamoczyć palec w umywalce, dookoła której stało kilkanaście innych osób, a w sklepie nie było się jak ruszyć – takie były tłumy. To było w Londynie. Później trafiłam do mniej zatłoczonego sklepu w mniejszym mieście i faktycznie poczułam magię Lusha.

O polityce firmy szczegółowo możecie przeczytać na stronie, ja tylko napiszę, że kosmetyki można kupić bez opakowania (są ważone przy kasie). Jeśli kupujecie w opakowaniach, po zebraniu pięciu pustych możecie je wymienić w sklepie na darmowy kosmetyk.

Kosmetyki mają bardzo ciekawą formę i głównie dlatego mnie zainteresowały. Znajdziecie zasypki, mydła w galaretce, szampony i balsamy do ciała w kostce, maski do twarzy pełne płatków owsianych i wiele innych rzeczy, nad którymi będziecie się zastanawiać, co to w ogóle jest. Przyciągają wzrok swoimi nasyconymi barwami. Przez ich zapachy można albo się w nich zakochać albo znienawidzić na wieki.  Wydaje mi się, że Lush często zmienia ofertę. Nie jestem tego pewna, ale niektórych produktów, które widziałam, nie ma już na stronie.

Na co ja się skusiłam? Chętnie się pochwalę:

New charity pot balsam do rąk i ciała

Długo szukałam nazwy tego produktu i okazało się, że tak się właśnie nazywa.

IMG_1111.JPG

Skusiłam się na niego przez korzenny i wyraźny, chociaż delikatny zapach. Albo przestał pachnieć, albo mi się znudził, nie wiem. Co by się nie stało – 2 miesiące to za krótko. Mimo to kosmetyk dalej spełnia swoją funkcję, czyli nawilża i natłuszcza skórę nie zapychając przy tym mieszków włosowych (moja zmora!). Do rąk jest dla mnie za ciężki – nie lubię uczucia lepkich rączek:)

IMG_1116.JPG

Masło do ciała w kostce

Nie mam już opakowania, nie pamiętam jego nazwy, nie mogłam go znaleźć na stronie. Pachnie korzennymi przyprawami i jak na razie nie wietrzeje. Mam tę kostkę od listopada i leży sobie u mnie w łazience, żebym zawsze miała ją przed oczami po myciu rąk.

IMG_1110.JPG

Czasem używam jej po myciu na całe ciało, na wilgotną skórę. Nie odżywia tak dobrze jak jej koledzy, ale wspomagana innymi kosmetykami daje radę. Lubię szybkie w użyciu kosmetyki, więc skuszę się jeszcze kiedyś na balsam w kostce.

Sleepy balsam do ciała

IMG_1118.JPG

Dostałam go w prezencie świątecznym i zakochałam się w jego obłędnym zapachu! Jest jak lawenda z landrynką i czymś jeszcze czego nie znam, ale chętnie bym zjadła. Nazwa doskonale do niego pasuje, bo zapach koi i odpręża. Niestety po około godzinie się zmienia i zaczyna znikać. Działa tak samo jak charity pot. Mam nadzieję, że nie zwietrzeje.
Wrzucam jego skład:

wyciąg z płatków owsianych,  olej migdałowy, woda lawendowa, wyciąg z kwiatów lawendy, olej jojoba, gliceryna, masło kakaowe, kwas stearynowy, masło illipe, trietanoalamina, olej lawendowy, żywica benzoesowa, fasola tonko, olej ylang ylang, alkohol cetylostearylowy,  benzoesan benzylu,  cynamonian benzylu, kumaryna, geraniol, limonen, linalol, substancja zapachowa, „snowflake lustre” (miki, tlenek tytanu), kolor 45410, kolor 42090

IMG_1120.JPG

100% GOES TO GOOD CAUSES

Czym są te „good causes” i 100% czego na nie idzie? Tego nie wiem. Główną misją Lusha jest zarabianie pieniędzy (co jest kompletnie zrozumiałe), więc mamy do czynienia przede wszystkim z magią reklamy. Ceny kosmetyków są wysokie, a jakość nie aż tak. Kosmetyki z Lusha nie są kosmetykami naturalnymi. Nie dość, że znajdziecie w nich popularne konserwanty, SLS i parabeny, to na stronie internetowej marki możecie przeczytać artykuły o tych składnikach – oczywiście zapewniające, że nie są one szkodliwe (np. „Don’t stress about SLS”).  Producent wprawdzie nie obiecuje kosmetyków naturalnych, ale moim zdaniem pracuje na to skojarzenie.

Nie wiem na ile Lush trzyma się głoszonych przez siebie zasad. Nie mogę tego sprawdzić, więc nigdy nie opowiem się w 100% za żadną firmą. Zwracam uwagę na kwestię testowania kosmetyków na zwierzętach, a co do reszty to kupuję ubrania szyte w krajach trzeciego świata i jem produkty Nestle (pozwalam Wam mnie oceniać).

Skupię się na kosmetykach:
Jeśli jesteście gadżeciarami, lubicie pachnące i kolorowe kosmetyki to MUSICIE wypróbować kosmetyki Lush!
Jeśli lubicie testować nowe maziajki, to MUSICIE wypróbować kosmetyki Lush!
Jeśli szukacie dobrej jakości za rozsądną cenę, to Lusha możecie sobie odpuścić 🙂

Reklamy

3 thoughts on “magia Lusha

  1. Świetny artykuł, naprawdę! Czekałam na szerszą opinię na temat kosmetyków Lush, bo sama się do nich przymierzałam tylko ze względu na to, że można je kupić na wagę. Choć traci to dla mnie sens, jeśli korzystam z formy wysyłkowej. Ostatnio poprosiłam, by ktoś przywiózł mi z Anglii eyeliner i tusz do rzęs. Drugiego jeszcze nie próbowałam, ale pierwszym niestety …jestem zawiedziona. Czerń nie jest zbyt czarna, jest jakby wodnisty, pędzelek zbyt miękki i krótki. Ech… a to wszystko po to, by za 15 funtów mieć mazidło w szkle.

    Lubię to

    1. U mnie na zdjęciach sam plastik i już go nie wykorzystam, bo wrócę tylko po balsam w kostce.
      Dziękuję za Twój komentarz Kasiu, uzupełnia mój wpis o kolejną opinię. Miałam kiedyś eyeliner w szkle z Essence, ale miał plastikową nakrętkę z pędzelkiem. Przypuszczam, że Ty raczej szukasz tych w słoiczku 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s