jestem fit!

SKINNY FAT czyli jak komuś dowalić zgodnie z najnowszymi trendami

Skinny fat. Pierwszy raz natknęłam się na to określenie na pewnym popularnym blogu. Anonimowa (a jakże!) czytelniczka napisała w komentarzu, co myśli o figurze autorki. W komentarzu znalazło się powyższe pojęcie i kilka niewybrednych przytyków. Oczywiście wszystko z troski – a jakże!

Postanowiłam przeszperać internety w poszukiwaniu definicji, przykładów użycia tego określenia, zdjęć. Okazuje się, że określenie „skinny fat” nie ma jeszcze zgrabnego odpowiednika w języku polskim, więc będę nim operować do woli.

Że świat zwariował, mówili już starożytni filozofowie, niekoniecznie tymi słowami. Określenie „skinny fat” jest tylko dowodem na to, że zwariował jeszcze troszkę bardziej. W sumie samo określenie brzmi niewinnie, nie ma się do czego przyczepić. Skinny fat – całkiem łatwe do rozpracowania nawet, jeśli słyszycie je po raz pierwszy. No bo tu chudy, a tu z tłuszczykiem – samo życie.
Skoro taka sylwetka istnieje, to nie ma się co dziwić, że ktoś ją nazwał. Nazewnictwo ułatwia życie, a przynajmniej rozmowy.

ALE

Chyba jestem jakaś zacofana, bo cały czas myślałam, że podstawowe pojęcia na temat sylwetki to chudy, szczupły, gruby. Już nie.

Pozwólcie Moi Mili, że nakreślę Wam konkretny przykład.
Mam 162cm wzrostu. Obecnie ważę 56,5kg. Z mięśni coś tam mam: trochę ćwiczę, dużo chodzę, dużo się ruszam, chociażby w pracy. Jestem drobna i moim zdaniem całkiem zgrabna. Na brzuchu mam trochę tłuszczu, uda też mogłyby być szczuplejsze, ale nad tym pracuję. Ogólnie jestem zadowolona z mojej figury. Jak nazwalibyście taką sylwetkę? Bo ja zacofana powiedziałabym, że jestem szczupła.
OTÓŻ NIE!

Słowo „szczupły” w szeroko pojętych internetach zagarnęły dla siebie osoby, które mają nieskazitelną i wysportowaną sylwetkę, czyli tłuszcz nigdzie nie zalega, mięśnie ładnie rysują się pod skórą. Jest to figura, którą można osiągnąć tylko i wyłącznie za pomocą przemyślanej i dobranej diety oraz odpowiednio dobranych i regularnych treningów. Na taką sylwetkę trzeba zapracować. Zapomnijcie wielbiciele rekreacyjnej jazdy na rowerze i pierogów ze skwarkami od czasu do czasu.
Wniosek: ja szczupła nie jestem.
Skinny fat też nie jestem, bo między tłuszczem nie wystają mi kości.
Jaka więc jestem? GRUBA!

Ale mniejsza o mnie. Mnie to nie boli, że ktoś mnie nie uzna za ideał. Chodzi mi o ogół, mechanizm, tendencję. Już nie wystarczy powiedzieć, że ktoś nie jest idealny. Teraz o tym nie-idealnym trzeba powiedzieć, że jest gorszy.

I tu płynnie wracam do sylwetki skinny fat. Nie wystarczy już chudego nazwać wieszakiem. To się przejadło, trzeba czegoś więcej.
Do czego sprowadza się przedstawianie sylwetki skinny fat w internecie:

Co za dziewucha. Obżera się frytkami, wcale nie ćwiczy, a jest chuda! Hańba! Na szczęście okazuje się, że chudość wcale nie istnieje, a jeśli nawet, to jest tylko stanem przejściowym. Bo ta dziewczyna jest zgrabna w ubraniu, ale jeśli zobaczycie ją w kostiumie kąpielowym/w bieliźnie/nago, to nagle okazuje się, że tu ma kości, tu jej tyłek wisi, a tu ma cellulit. Nawet jeśli jeszcze nie ma, to będzie miała, bo jakaś sprawiedliwość musi być.

O ile niektóre artykuły w internecie są napisane o tej sylwetce w neutralnym tonie (a naprawdę neutralnych jest niewiele), to w komentarzach ludzie dają upust emocjom. Wspominają  o swoich znajomych albo wymieniają gwiazdy/modelki o takiej sylwetce. Są to albo ludzie niezadowoleni ze swojej sylwetki, albo bardzo zadowoleni, ale ciężko na nią pracujący. I to się nazywa frustracja. I to się nazywa hejt. I to jest powszechne.

 A ja głupia myślałam, że ruch to zdrowie i dobre samopoczucie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s